Lubimy plaże szerokie i rozległe, gdzie ogrom piasku próbuje dorównać ogromowi nieba. Ale lubimy też plaże małe i kameralne. Lubimy, gdy jest na nich cicho, pusto i nieco dziko. Lubimy zieleń kładących się palm. Lubimy szum fal i fajnie, jeśli nic go nie zagłusza. Ale lubimy też plaże, na których toczy się życie rybacy wyciągają sieci, inni wypływają na połów, naprawiają kutry, dzieci grają w piłkę, ktoś rozpala rodzinnego grilla…

Generalnie lubimy plaże Sri Lanki. Im dłużej tu jesteśmy, tym bardziej je lubimy. Od plaży aż trudno się tutaj opędzić. Patrzymy na nie, jadąc autobusem i przemierzając wyspę pociągiem. Brodzimy w piachu, idąc na siłownię, na zakupy albo do pracy. I uwielbiamy Lakkadiwskie morze. A zwłaszcza jego fale. Olbrzymie i hałaśliwe. Pamiętajcie — z tym morzem nie ma żartów, na tych falach nie ma relaksu, a dziecko nie będzie swobodnie pląsać przy brzegu. Te fale przerastają człowieka. Choć są okresy, kiedy morze się uspakaja. To ciekawostka — pory roku rozpoznaje się na Sri Lance po wielkości fal. Początek roku to zdecydowanie sezon dla surferów. Na rodzinne wakacje lepiej zjawić się najwcześniej w marcu. Sprawdźcie to zanim kupicie bilety.

Opowiemy wam o plażach Sri Lanki, gdybyście nie byli pewni, na którą się wybrać. Napiszemy tylko o tych, które widzieliśmy i ocenimy je mocno subiektywnie. Zacznijmy od zachodniej strony południowego wybrzeża.

AMBALANGODA

Na tę plażę wpadłam przypadkiem, bo przygnała mnie do Ambalangody praca. Spore miasto jak na Sri Lankę, ale żyjące bardzo przyjemnym i nieco leniwym rytmem. Chyba mało znane wśród turystów, niemniej jest tutaj spora baza hotelików i kwater. Nie spodziewałam się niczego specjalnego, więc tym bardziej plaża mnie zaskoczyła. Urocza i kameralna. Jest tutaj mała zatoka, dzięki czemu woda jest turkusowa, a fale względnie małe (dobre dla dzieci). W pobliżu kilka kamienistych wysepek, na które można dopłynąć, a przy odpływie nawet dojść. Ludzi jak na lekarstwo. Na piachu kilka błękitnych rybackich łodzi i rybacy chowający się w drewnianych chatach. Plaża oddalona jest od Galle Road, co mocno wpływa na jej ustronny charakter.

AKURALA

To właściwie tylko plaża, a przy niej hotel i kilka domów do wynajęcia. Pierwsze wrażenie pozytywne, ale szybko zmieniłam zdanie. Właściwie nie było tu gdzie przystanąć. Z jednej strony kamieniste wybrzeże, z drugiej mała i wąska plaża przy mało gustownym hotelu, z trzeciej plaża publiczna, czyli tłoczna i hałaśliwa. W dodatku Akurala przyklejona jest do Galle Road, więc kiedy fale są mniejsze, pędzące autobusy zagłuszają ich szum. Mówią, że to najlepsze w okolicy miejsce do snorklowania, a rafy są osiągalne po wypłynięciu z plaży. Kiedy jednak dopytywaliśmy miejscowych, czy warto je zobaczyć, dziwnie kręcili nosem.

HIKKADUWA

Nawet wrogom nie polecam. Ani miasta, ani plaży. Głośno, tłoczno i wulgarnie. Głównie sąsiedzi zza naszej wschodniej oraz zachodniej granicy. Menu w knajpach podają po rosyjsku, a jedzenie serwują przesolone. Miasto to długa i głośna ulica, pełna straganów z kiepskimi pamiątkami. Hotele, jakie kto zapragnie — od luksusowych molochów, po backpakerskie hostele. Plaża dłuuuuga. Momentami szeroka, potem zwężająca się na metr, jednak niemal na całej długości pełna hoteli, restauracji, barów, parasoli i ludzi. Są rafy — nie sprawdzaliśmy ich. Są surferzy — wielu, a fale naprawdę warte grzechu. Wpadaliśmy czasami, by przyglądać się ich zmaganiom z żywiołem. Hipnotyzujące.

DODANDUWA

Nasza plaża, więc co tu pisać, skoro już tyle napisaliśmy o swoim lankijskim domu. Plaża rozległa, na której kwitnie lokalne życie. Baza noclegowa skromna, a miasteczko raczej nieprzystosowane do obsługi turystów. Ale mają tu cudowny port, targ rybny, piękną świątynię na wzgórzu i malowniczą lagunę. A ostatnio odkryliśmy nową plażę — plażę rybacką, pełną kutrów stojących na piachu, nad małą zatoczką, z małymi falami i kamienistymi wysepkami w pobliżu. Tylko my i rybacy.

UNAWATUNA

Znana plaża w pobliżu Galle. Sława chyba trochę ją przerosła. Jak wiele podobnych miejsc, została wyeksplorowana do bólu — bary, muzyka, tłumy i hotele wchodzące do wody. Plaża jest w zatoce, więc wody są spokojniejsze i bardziej turkusowe, a w okolicy można snorklować. My jednak po godzinie uciekliśmy do Galle, uznając, że lepiej poleżeć na murach Fortu.

KOGGALA

Żyjące lokalnym rytmem miasteczko, a przy nim miejska plaża. Duża i szeroka, przypomina tę w Dodanduwa. Przyjemnie i spokojnie spędziliśmy dzień, ale na dłuższą metę… trochę tu nudno. Na rogatkach miasta zaczynają się hotele. Z serii tych wielkich, ciągnących się kilometrami, jeden przy drugim, ustawione „tyłkiem” do drogi i odcinające dojście do plaży. Bardzo tego nie lubimy.

między KOGGALA a WELIGAMA

Jest mnóstwo małych, spokojnych miejscówek, jak MIDIGAMA, czy AHANGAMA. To miasteczka, wioski, a czasem tylko plaże z kilkoma domami do wynajęcia. Zazwyczaj puste i dzikie, stały się surferskimi przyczółkami. Niektóre plaże to zaledwie małe zatoczki otoczone skałami, często bez palm, czy grama cienia. Tuż obok biegną Galle Road oraz linia kolejowa. Miejscowi sprzedają kokosy i roti, a rybacy siedzą na palach sterczących z wody i czekają na wielką rybę. No właśnie, na tym odcinku, w kilku miejscach znajdziecie osady rybaków łowiących w tradycyjny lankijski sposób. Co rusz są też malownicze laguny, wystarczy odwrócić głowę od morza.

WELIGAMA

Spore miasto, ale bardzo nam się spodobało. Na pewno nie nadaje się dla tych, którzy chcą się odciąć od świata. Dużą i malownicza zatoka dodaje miastu uroku. Deptak wzdłuż zakręcającej szerokim łukiem plaży, turkusowe wody, unoszące się na falach kutry, z plaży most do malowniczej wyspy ze świątynią. Jest też mały port, świeże ryby do kupienia lub skonsumowania na miejscu w przyplażowych smażalniach. Wiele małych i dzikich plaż w zasięgu spaceru lub przejażdżki tuk-tukiem.

MIRISSA

Patrz Unawatuna. Zaleta jest jedna — w pewnym miejscu plaży praktycznie nie ma fal, można położyć się na wodzie bez obaw, że woda przygniecie do dna. Wad jest sporo — przede wszystkim ludzie i śmieci. Obu jest w nadmiarze. Ale… jest ucieczka. Zamiast sadowić się na głównej plaży tuż przy Galle Road, wystarczy zagłębić się w miasteczko. Skręcić w małe uliczki, gdzie wśród palmowych gajów, znajdziecie fajne hoteliki, oddalone kilka minut od mniej popularnych, ale bardziej ustronnych i spokojniejszych plaż Mirissy.

POLHENA

Urocze miejsce w pobliży Matary. Tutaj również przygnała mnie praca i dobrze się złożyło, inaczej nie trafiłabym w to miejsce. Plaża Polheny oddalona jest od Galle Road, więc musi się chcieć, by tam dotrzeć. Tak na prawdę wystarczy 15 minutowy spacer, by znaleźć się w cichych zaułkach, pomiędzy starymi domamu i małymi hotelikami, schowanymi w zieleni. Są tutaj chyba dwie publiczne plaże, zazwyczaj pełna miejscowych, którzy lubią, gdy jest głośno i tłoczno. Jednak wystarczy oddalić się choćby 100 metrów, by znaleźć się w innym plażowym świecie — cichym, spokojnym, pustym i leniwym, gdzie kraby wygrzewają się na kamieniach.

Plaż na Sri Lance różnorodność wielka. Aż szkoda ograniczać się tylko do jednej. Wynajmijcie skuter, objedźcie wybrzeże i znajdźcie najlepszą dla siebie. A nie wspomnieliśmy jeszcze o wypoczynku nad laguną…